05-03-2006, 11:52 AM
Bardzo lubię i szanuję Dream Theater, uwielbiam cudowne "Images & Words", a moje ukochane "Scenes from a memory", które uważam za najlepszy ich album, to jeden z ważniejszych momentów w moim rozwoju muzycznym i jedna z najważniejszych płyt mojego życia. Niestety prawda jest taka, że "Six degrees..." to po prostu rozwlekłe i nudnawe smęcenie, jakby zespół się wypalił po rewelacyjnym "Scenes...", potem zupełna porażka "Train Of Toughts", który jest dla mnie najgorszym albumem w dyskografii DT, niepotrzebne eksperymenty z elektroniką, przesterowane, momentami niemal nu-metalowe gitary, przesterowane wokale, próby rapowania (tak, tak) a "Octavarium" trochę lepsze, ale do poziomu starych płyt ciągle daleko. Pisząc, że nowy Townsend deklasuje obecne DT nie mam na myśli poziomu technicznego, bo to tylko dodatek i DT nadal są mistrzami techniki, ale poza nią liczy się coś jeszcze... umiejętność przykucia uwagi słuchacza, pomysłowość, nieszablonowość etc. Pod tym względem ostatnie dokonania DT nie mają startu do nowego Devina Townsenda, który po prostu swoimi kompozycjami zachwyca i porywa, czego nie można powiedzieć o ostatnich 3 płytach DT.... taki lajf

