08-20-2006, 01:24 PM
Mała dygresja. Utarlo się iż o najwspanialszym ( i jedyny słusznym) okresie Genesis mówi sie "era Gabriela". Ja zdecydowanie wolę okreslenie "Era Hacketta" z racji z:
primo: poza jedym Trespass wszystkie wielkie progresywne płyty to współdzieła Hacketta
secundo: Genesis zszedł na pop ( psy ? ) nie po odejściu Gabriela ale dopiero po odejściu Hacketta. Przeciez po odejściu Gabriela nagrali dwie wspaniałe progresywne płyty A Trick Of The Tail i Wind And Wuthering. Z Hackettem właśnie.
I dopiero kiedy Steve odszedł, Genesis, dla mnie przynajmniej, sie skończył. Nie umniejszam tu, broń Boże, wspaniałości Gabriela, jedynie stwierdzam iż to Steve Hackett obok niego był progresywnym motorem zespołu i gdy własnie jego zabrakło zespół stoczył się w popowe bagnisko już z Collinsem na wokalu.
I dlatego ubolewam iż większość ludzi kojarzy dziś genesis z czasami lat 80-tych kiedy to z Philem Collinsem na wokalu grali pop-rock, nie zaś z czasów lat 80-tych kiedy to obok King Crimson, FDGG, ELP, Floydów czy Yes tworzyli historię rocka...
primo: poza jedym Trespass wszystkie wielkie progresywne płyty to współdzieła Hacketta
secundo: Genesis zszedł na pop ( psy ? ) nie po odejściu Gabriela ale dopiero po odejściu Hacketta. Przeciez po odejściu Gabriela nagrali dwie wspaniałe progresywne płyty A Trick Of The Tail i Wind And Wuthering. Z Hackettem właśnie.
I dopiero kiedy Steve odszedł, Genesis, dla mnie przynajmniej, sie skończył. Nie umniejszam tu, broń Boże, wspaniałości Gabriela, jedynie stwierdzam iż to Steve Hackett obok niego był progresywnym motorem zespołu i gdy własnie jego zabrakło zespół stoczył się w popowe bagnisko już z Collinsem na wokalu.
I dlatego ubolewam iż większość ludzi kojarzy dziś genesis z czasami lat 80-tych kiedy to z Philem Collinsem na wokalu grali pop-rock, nie zaś z czasów lat 80-tych kiedy to obok King Crimson, FDGG, ELP, Floydów czy Yes tworzyli historię rocka...

