11-09-2005, 10:09 PM
Hmm, widzę że nikt nie potrafi się wbić na tą nieszczęsną stronę, a szkoda bo test naprawdę ciekawy jest.
No, ale ja nie o tym chciałem. Bo się tak zastanawiałem na wynikami badań, na których oparty jest ten test i wydały mi się one bardzo smutne. Wynika z nich że nie warto absolutnie się niczym wyróżniać, lepiej być potulną owieczką, która idzie tam gdzie jej każą. Nie warto mieć własnych poglądów, trzeba myśleć tak jak ogół, bo inaczej nie będzie się akceptowanym. W ogóle to nie warto być sobą, bo nikt cie nie polubi, bo jesteś inny. Znaczy się najlepiej być kolejnym, zwykłym, szarym człowiekiem pośród całej masy ludzi. Wtedy nasze życie będzie może pozbawione jakichś wielkich wzlotów, ale i upadków bolesnych również nie zaliczymy. Minimalny stres, minimalna radość z życia. Która droga lepsza? Warto cierpieć żeby być naprawdę szczęśliwym, żeby być sobą? Czy może raczej upodobnić się do reszty, robić to co inni, mówić tak jak inni, nie narażać się na ostracyzm?
A może jednak wcale nie jest tak źle? Według testu jestem indywidualsitą, może nie tak totalnym jak panna Scully, ale jednak jestem. I mimo tego nie czuję się odrzucony i nieakceptowany. Wręcz przeciwnie, mam kilkoro przyjaciół i grono znajomych którzy akceptują mnie ze wszystkimi moimi dziwactwami i odchyłami. Nie czuję sie odrzucony, nielubiany. Może więc to co wykombinowali ci mądrzy ludzie nie do końca jest prawdziwe? Ja mam nadzieję że się mylą...
No, ale ja nie o tym chciałem. Bo się tak zastanawiałem na wynikami badań, na których oparty jest ten test i wydały mi się one bardzo smutne. Wynika z nich że nie warto absolutnie się niczym wyróżniać, lepiej być potulną owieczką, która idzie tam gdzie jej każą. Nie warto mieć własnych poglądów, trzeba myśleć tak jak ogół, bo inaczej nie będzie się akceptowanym. W ogóle to nie warto być sobą, bo nikt cie nie polubi, bo jesteś inny. Znaczy się najlepiej być kolejnym, zwykłym, szarym człowiekiem pośród całej masy ludzi. Wtedy nasze życie będzie może pozbawione jakichś wielkich wzlotów, ale i upadków bolesnych również nie zaliczymy. Minimalny stres, minimalna radość z życia. Która droga lepsza? Warto cierpieć żeby być naprawdę szczęśliwym, żeby być sobą? Czy może raczej upodobnić się do reszty, robić to co inni, mówić tak jak inni, nie narażać się na ostracyzm?
A może jednak wcale nie jest tak źle? Według testu jestem indywidualsitą, może nie tak totalnym jak panna Scully, ale jednak jestem. I mimo tego nie czuję się odrzucony i nieakceptowany. Wręcz przeciwnie, mam kilkoro przyjaciół i grono znajomych którzy akceptują mnie ze wszystkimi moimi dziwactwami i odchyłami. Nie czuję sie odrzucony, nielubiany. Może więc to co wykombinowali ci mądrzy ludzie nie do końca jest prawdziwe? Ja mam nadzieję że się mylą...
"Marysia mała pierdolca miała, pierdolca jasnego jak śnieg.
Gdziekolwiek biegła Marysia mała, pierdolec rozsadzał jej łeb..."
Gdziekolwiek biegła Marysia mała, pierdolec rozsadzał jej łeb..."


