09-01-2006, 08:15 PM
Chłopaki chcieli nagrać coś rehabilitującego i w pewnym sensie ambitnego (te zapowiedzi o rzekomej "progresywności" nowej płyty) a... wyszło jak zawsze. Album jest na siłę przedłużony (tak, tak - numery zwyczajnie są naciagnietę -> wieje nudą), patenty niemrawe a wokal... może nie najgorszy (w koncu Bruce) ale same linie melodyczne cienkie (a można zrobić to dobrze i On to potrafi, patrz -> ostatni solowy Bruce). Ja rozumiem, że nad IM wypada się spuszczać, ale chyba są jakieś granice ludzkiego rozsądku. Album cienki i tyle. Edguy (nie wiem co się Kel czepia) może i jest jaki jest, ale chociaż jego kawałki są przebojowe. Jeśli nie ambitnie to przebojowo. Lepiej przebojowo niż chujowo.

