08-01-2006, 08:56 AM
dośc pierdolenia o jakimś uwielbieniu spawiować sie można, po prostu nagrali dobrą jak na vader płytę i po ostatnim gniocie mamy prawdziwe odrodzenie, nie zpomnajmy że ze składu w jakim nagrywał vader najwieksze swe dzieło czyli De Profundis (1995) został tylko Peter - szacunek za wytrwałość bo nie jeden by sobie już darował i jebnął to wszystko w pizdu. Podsumowując jak na razie płyta jest zajebista mam tu pare genialnych kawałków z najwyższej półki czyli poprzedzony niebylejakim intrem ShadowsFear który otwiera tę produkcje - doprawdy potężne wejście - może gdzieś w środku jest już nudniej ale koncówka to też potęga następnie jak dla mnie najleszpy numer na albumie As Heavens Collide...gdzie tli sie jeszcze stary duch vader z drugiej płyty, trójeczka nie jest w sumie zła muzycznie wręcz nawet szybki miejscami numer jendak Helleluyah!!! (God is Dead) lirycznie troche razi ale można to przełknąć bo po Field of Headsnie ma już zadnych wątpliwości ze dali z siebie max możliwość naprawdę bardzo dobry numer prawdiwy death meatlowy pierdolnik, na Predator odpuścili faktycznie i jest to najsłabszy moment na płycie trochę szkoda bo bez tego numeru płyta była by bardziej równa ale huj dwa nastepne numery to rekompensują Warlords
i Red Code typowy silnik vader po prostu a ostantie kwałki They Live i The Book zgrabnie domykają płytkę, ostatni numer w sumie jak Predator mozna by wykasować i dać w japonskiej wersji na pożarcie żółtką
płyta 7,4 na 10 a poprzednia LP 01/10 wiec jest lepiej dużo lepiej aż miło se zapodać
i Red Code typowy silnik vader po prostu a ostantie kwałki They Live i The Book zgrabnie domykają płytkę, ostatni numer w sumie jak Predator mozna by wykasować i dać w japonskiej wersji na pożarcie żółtką
płyta 7,4 na 10 a poprzednia LP 01/10 wiec jest lepiej dużo lepiej aż miło se zapodać
and now is forever...

